Dorota Rudzińska

Raport z dżungli. Gringi w Amazonii

Dodano: 2 kwiecień 2012 r.

Dżungla wciąga. Wciąga jak pierwszy tatuaż. Gdy już przełamiesz swój lęk przed nieznanym, chcesz więcej i więcej. Tak, bardzo mi żal. Przez te kilka dni zdążyłam zakochać się z dżungli.

...ciąg dalszy
29 lutego (bo to przecież rok przestępny)
Grillowane banany i kokosy ze słomką

Yurimaguas. Wioska czy raczej miasteczko rybackie położone nad rzeka Haullaga, czyli nad jednym z dorzeczy Amazonii. To punkt wylotowy podróżujących oraz tych, którzy chcą dostać się w głąb dżungli. Dotarłyśmy tam z Anią około trzynastej. Ponieważ nie było już miejsca w busie Gilmer Tour, pojechałyśmy samochodem osobowym. Kierowca pokonywał górskie zakręty z taką szybkością, że to było najgorsze 2,5 godziny, jakie spędziłam kiedykolwiek w samochodzie. Na samo wspomnienie tej drogi do tej pory kręci mi się w głowie. Zabójczo pokręcona trasa.

W Yurimaguas zatrzymałyśmy się w hostelu, który mieścił się w samym środku mercado. Żeby tam wejść, musiałyśmy minąć stertę śmierdzących skórek od bananów, stragany z górami rzeczy wszelkiej maści i pochodzenia oraz panie odganiające muchy od swoich wyrobów. Ponieważ wolałyśmy nie spędzać dużo czasu wśród tych wątpliwych atrakcji, cale popołudnie szlifowałyśmy chodniki w celu rozejrzenia się po okolicy. Obiad zjadłyśmy w chińskiej knajpce, która jako jedyna w całym miasteczku wydawała się godna zaufania. W dodatku już na wejściu zobaczyłyśmy na szklanym ekranie mecz Polska – Portugalia, co uznałyśmy za dobry znak. Oglądanie biało-czerwonych koszulek naszych piłkarzy w środku Peru wywołało w nas nostalgię za ojczyzną. Na szczęście szybko się otrząsnęłyśmy i po kurczaku w cieście mogłyśmy dalej kontynuować nasze rozeznanie terenu.

Tak trafiłyśmy do portu. Spacerując wśród błota, chatek ze strzechami, mijając długie drewniane łodzie ze spiczastymi dziobami, nie do końca chciało się nam wierzyć, że naprawdę tu jesteśmy. Nie zdążyłyśmy jeszcze przyzwyczaić się do widoku rdzawo-kawowej rzeki i bujnych drzew porastających cały horyzont. A tu jeszcze port rodem z XIX wieku.

Jakby tego było mało, późnym wieczorem ksiądz Józek zabrał nas na kolację na... ulicę. Dosłownie. Zajęliśmy miejsce przy jednym ze stołów ustawionych na rogu ulicy, z jasnym obrusem. Pani o indiańskich rysach podała nam miejscowy przysmak, czyli cecinę z tacacho. Cecina to plaster wędzonego mięsa smakiem przypominający polską polędwicę na gorąco. Tacacho to pulpety z grillowanych bananów, które jedna z pań zagniatała rękami, rozbijając je najpierw drewnianym tłuczkiem. Do picia cebada, czyli sok z pszenicy. I naprawdę możesz poczuć się jak w peruwiańskiej selwie. Nie wiem, co bardziej mnie przekonało – obrane kokosy ze słomką sprzedawane blisko portu czy pulpety z bananów, ale ostatecznie dotarło do mnie, że jestem w innym świecie.

1 marca
Chrystus był Indianinem

Wczesnym rankiem nawiedzamy biuro Huallaga Express, skąd mamy wykupione bilety na motorówkę. Obserwując ciemne twarze ludzi z kruczoczarnymi włosami i kolorową papugę na ramieniu jakiegoś chłopaka, musiałam chwilę pomyśleć, czy na pewno jakimś dziwnym trafem nie znalazłam się na planie „Piratów z Karaibów”. Motorówka nie przypominała wyglądem pirackiego statku, żaden pan nie miał opaski na oku. Siedzenia ustawione jak w autobusie, a sternik wyglądał całkiem cywilizowanie. Czasem podjadał owoce jakiejś strączkowej rośliny, wypluwając niejadalne części.

Przez 8 godzin na łodzi mogłam się do woli napatrzeć na rzekę i niekończąca się zieloną gęstwinę na obu brzegach. Od czasu do czasu przepłynął jakiś większy statek i narobił fal. Wtedy motorówka podskakiwała pod naporem poruszonej wody, tak jak ta ze „Słonecznego Patrolu” z Mitchem na pokładzie. Siedzący naprzeciwko mnie misjonarz z brodą i kucykiem związanym jakąś marynarską żyłką w kolorze ametystu, opowiadał nam legendy o delfinach. Ostrzegał nas, że białe delfiny porywają piękne dziewczyny, bo są w nich zaklęte dusze mężczyzn.

Tagi: świat
Reklama

Dodaj nową odpowiedź

Image CAPTCHA