Dorota Rudzińska

Raport z dżungli. Gringi w Amazonii

Dodano: 2 kwiecień 2012 r.

Dżungla wciąga. Wciąga jak pierwszy tatuaż. Gdy już przełamiesz swój lęk przed nieznanym, chcesz więcej i więcej. Tak, bardzo mi żal. Przez te kilka dni zdążyłam zakochać się z dżungli.

...ciąg dalszy
28 lutego
Toyotą do raju

Poranek w hostelu. Otwieram oczy i nad głową kręci się wiatrak wielkością przypominający skrzydło od helikoptera. W ekspresowym tempie szykujemy się do wyjścia, bo czeka przewodnik i tymczasowy opiekun, czyli nie kto inny, jak ksiądz Józek Kamza, salezjanin. Dla nieuświadomionych – to on jest sprawcą tego całego zamieszania z wyprawą do dżungli. Po drodze zahaczamy o całkiem europejską kawiarnię (kolejna doba bez kofeiny byłaby już przesadą).

Na wylotówce z Tarapoto wynajmujemy samochód z kierowcą. Czerwona Toyota wiezie nas najpierw po asfalcie. Tam mijamy mini jeepy z odkrytymi przyczepami. Jadą wyładowane po brzegi bananami, kobietami i dziećmi podróżującymi na stojąco. Za miastem już tylko szeroka piaszczysta droga o intensywnym rdzawym odcieniu. Pokonujemy górskie serpentyny w tumanach kurzu. Jesteśmy na terenie selva seca, czyli tzw. dżungli wysokiej. To tak jakby roślinność typową dla dżungli przenieść w góry. Naokoło sama zieleń z całą paletą odcieni. Niezliczone gatunki drzew liściastych przemieszane z niskimi palmami o szerokich i rozłożystych liściach zdominowały krajobraz. Tylko ogromne ściany urwisk nie biją w oczy swoją zielenią. Są łaciate – w kolorze popiołu i zwietrzałego piasku, albo jednolite – łososiowo-brązowe i brunatne.

Razem z samochodem wsiadamy na prom o owalnej platformie. To nasza pierwsza przeprawa przez jedno z dorzeczy Amazonii – Paucaryacu.

Dojeżdżamy do miejsca o nazwie brzmiącej nieco z europejska – Laguna Azul. Nic jednak z Europą wspólnego nie ma. Jest to wioska nad jeziorem Sauce, którego wody mają srebrzysto-niebieski odcień, gdy patrzy się na nie z góry. Naprawdę jezioro jest brudno-zielone, jak większość wód słodkich w Peru. Z błękitnymi wodami czy bez, miejsce to rzuca uroki, jak niegdyś indiańscy szamani.

Przy brzegu rezerwujemy łódkę. Młody chłopak w spodniach od garnituru i białym t-shircie robi za naszego sternika i przewodnika. Opowiada o podwodnych jaskiniach, o wulkanie, który raz do roku wybucha pod wodami Lago Sauce. O ryzykantach skaczących z podwieszanego pomostu prosto do wody, która ma w tym miejscu 58 metrów. O syrenie, która według legendy siada na „skalnym krześle”, wynurzając się na powierzchnię.

Wokół widoki, które wcześniej mogłam oglądać tylko z „Tarzanem” w roli głównej. Wioska Locemayo z domkami o dachach z brązowo-szarej strzechy. Drzewa o grubych szarych pniach i korzeniach zanurzonych w wodzie, tak jakby z niej wyrastały. Wiszące liana – przeważnie cienkie, o żółtawym zabarwieniu. I to uczucie, kiedy płyniesz drewnianą łódką z daszkiem z plandeki, słyszysz warkot silnika, czujesz na sobie krople odpryskującej wody i zastanawiasz się, jak to możliwe, że tutaj jesteś.

Tagi: świat
Reklama

Dodaj nową odpowiedź

Image CAPTCHA