nr 39/2005, s. 14-16
Leszek Śliwa (współpraca Marcin Jakimowicz)

Ważna jest zadyma

Dodano: 31 styczeń 2004 r.

Dawno, dawno temu kibice chodzili na mecze, żeby dopingować swoją drużynę - tak mogłaby się zaczynać baśń dla grzecznych dzieci. Dziś normalni ludzie boją się, że na stadionie mogą oberwać kijem lub cegłą. Czy jest jakaś szansa, by poskromić stadionowych chuliganów?

Boiskowe chuligaństwo pojawiło się w Polsce w latach siedemdziesiątych. Teraz zdarza się, że chuligani w szalikach klubów sportowych potrafią opanować już nie tylko stadion, ale nawet centrum średniej wielkości miasta, jak niedawno zdarzyło się w Mielcu. Co trzeba zrobić, by opanować sytuację?

Być może jakąś receptą jest skorzystanie z wzorów angielskich. Jeszcze kilka lat temu postrachem sympatyków sportu na całym świecie byli kibice z Wysp Brytyjskich. Tamtejszej policji udało się jednak częściowo ich poskromić. - Nam też się uda, jeśli wszyscy - policja, kluby sportowe, władze gmin, rząd, media i reszta społeczeństwa - będziemy grać w jednej drużynie. Bo do tej pory nie zawsze tak było - uważa komisarz Tomasz Pantak z Wojewódzkiej Komendy Policji w Katowicach.

Żeby zwalczyć jakieś zjawisko, trzeba je najpierw dokładnie poznać. Tymczasem społeczeństwo ma często błędne przekonanie o światku kibiców. Większość ludzi wierzy w mity, które nie mają nic wspólnego z rzeczywistością.

Mit pierwszy: to tylko chaotyczne bójki

Zwykle sądzi się, że grupa kibiców spotyka się tylko na meczu, jest niezorganizowana, a do bójek dochodzi spontanicznie pod wpływem emocji związanych z zawodami. Tymczasem subkultura kibiców jest bardzo złożona. Składa się z kilku współpracujących ze sobą grup (patrz: słowniczek). Przy każdym klubie, od pierwszej do czwartej ligi włącznie, stale działa grupa licząca od stu do trzystu osób. Około dziesięciu procent tych ludzi to tzw. hoolsi: niecofający się przed niczym przestępcy, których celem jest udział w bójkach. Przez cały tydzień trenują oni sztuki walki pod okiem profesjonalnych trenerów, by w sobotę być w formie.

- Kiedyś zasugerowaliśmy dyrektorce jednej ze szkół, aby nie wynajmowała sali gimnastycznej na treningi ludziom, o których wiedzieliśmy, że należą do hoolsów. Zrobiła wielkie oczy: "Jak to? To tacy mili chłopcy. Lepiej niech sobie ćwiczą, niż żeby mieli kogoś napadać", oburzyła się. I nie posłuchała naszej prośby - wspomina kom. Pantak.

Największe bójki nie są spontaniczne. Ich czas i miejsce chuligani starannie planują. - Zaskoczyli nas 3 maja 2004 roku. Na zwykły mecz ligowy Ruchu z ŁKS przyjechali do Chorzowa hoolsi z całej Polski. Umówili się przez Internet, wiedząc, że 1 i 2 maja w Warszawie miała być demonstracja antyglobalistów i policjanci z całego kraju pojechali do stolicy. A Chorzów wybrali dlatego, że przez dwa lata był tam spokój - mówi starszy aspirant Michał Pogoda.

Mit drugi: kibice jednego klubu to monolit

Ludzie z zewnątrz mają skłonność uważać kibiców jednego klubu za zgodną grupę wandali i chuliganów, którzy niczym się od siebie nie różnią. W rzeczywistości jest inaczej. Wojtek jest ultrasem Ruchu Chorzów. Na stadionie krząta się zawsze dwie godziny przed meczem. Cierpliwie rozrysowuje układ flag, sektorów. Przed rokiem, kiedy kibice Ruchu wracali pociągiem z Krakowa, podeszło do niego dwóch hoolsów. Szerokie karki.

- Wstawaj. My będziemy teraz siedzieć, ty będziesz stał.

- Dlaczego? - zdziwił się.

- Bo my się za was bijemy - rzucili krótko.

W polskich klubach panuje hierarchia. Chuligani uważają się za elitę. Pozostałe grupy kibiców albo ich podziwiają, albo się ich boją.

"Ruch hools jest postrzegany w różny sposób - od potępienia jego działań, do ich aprobaty, i zależy to od tego, kto go ocenia i z jakiego punktu widzenia się to rozpatruje. Wiele osób krytykujących hools z satysfakcją czyta o sukcesach tej grupy i po cichu aprobuje jej działalność. Inni uważają to za zło, z którym trzeba bezwzględnie walczyć, a jeszcze inni są zafascynowani" - napisali na swojej stronie internetowej kibice Widzewa Łódź.

Reklama

Dodaj nową odpowiedź

Image CAPTCHA