7‒8/2018
Monika Rogozińska

Różaniec na Mount Evereście

Dodano: 6 lipiec 2018 r.

Rok 1980 przyniósł wyczyn, który zdaniem wielu przekraczał możliwości człowieka – nasi alpiniści zdobyli zimą Mount Everest. To pokazało, że Polacy zjednoczeni wspólnym celem mają dostateczną wyobraźnię, odwagę, siłę woli, wiedzę i wytrwałość, aby dokonać tego, co uchodzi za niemożliwe.

fot. Bogdan Jankowski

Pierwszą w dziejach ludzkości zimową wyprawą na Mount Everest (8848 m n.p.m.) kierował Andrzej Zawada. Zezwolenie od władz Nepalu, o które długo zabiegał, nadeszło miesiąc przed planowanym rozpoczęciem ekspedycji. Już samo przygotowanie jej w tak krótkim czasie stało się wyczynem. Polska Ludowa była państwem o pustych sklepach. Bezinteresowna pomoc różnych osób przyczyniła się do tego, że w Wigilię 1979 r. alpiniści dzielili się opłatkiem w wiosce odległej od podnóża Everestu o kilka dni marszu. W ekspedycji uczestniczyło dwudziestu Polaków, pięciu Szerpów i nepalski oficer łącznikowy.

Sięgnąć niemożliwego

17 lutego Leszek Cichy i Krzysztof Wielicki wyszli z namiotu do ataku ostatniej szansy. Tego dnia kończył się termin nepalskiego zezwolenia. Termometr wskazywał -42 stopnie Celsjusza.
Około wpół do trzeciej po południu w radiotelefonach odezwał się głos:

– Halo, baza. Halo, dwójka. Czy nas słyszycie? Odbiór.

– Nie słyszę. Powtórz. Powtórz. Gdzie jesteście? Odbiór! – wołał Andrzej Zawada.

– Na szczycie Everestu! Na szczycie! Zimą! Polacy!

– Wasza to zasługa! – wołał Krzysztof Wielicki. – To dzięki wam mogliśmy wejść! Sukces jest wspólny, wspólny!

W metalowej rurce masztu geodezyjnego, pozostawionego na wierzchołku przez chińskich wspinaczy, umieścili kartkę z napisem Polish Winter Expedition 80, termometr do pomiaru minimalnych temperatur, różaniec od Jana Pawła II i mały krzyżyk od matki Stanisława Latałły, filmowca, który zginął kilka lat wcześniej w Kotle Everestu. Prosiła, aby krzyżyk wnieść na szczyt albo wrzucić do szczeliny lodowej tam, gdzie został pochowany.

Cichy i Wielicki zaczęli schodzić. Nagle dostrzegli siedzącą postać. Niemka Hannelore Schmatz, czwarta kobieta, która stanęła na wierzchołku Everestu, nie chciała zostawić skrajnie wyczerpanego kolegi, Amerykanina. Każda minuta spędzona przy umierającym zmniejszała jej szanse na przeżycie. Gdy skonał, było za późno na ratunek i dla niej.

Minęli zamarzniętą kobietę. Do swego namiotu dotarli nocą. Rano poszli na dół. Radość kolegów uświadomiła im, czego dokonali.

Reklama

Dodaj nową odpowiedź

Image CAPTCHA