nr 22/2010
Agnieszka Bialik

Mistrzyni świata w habicie

Dodano: 19 listopad 2010 r.

Jej pasją był sport. Talent i praca doprowadziły ją do tytułu mistrzyni świata w karate do Shotokan. Nie czuła się jednak szczęśliwa. Płakała na najwyższym stopniu podium. Prawdziwym powołaniem s. Gabrieli Cieślik, służebniczki śląskiej, okazała się służba Bogu i ludziom.

fot. archiwum s. Gabrieli
Jak zainteresowała się siostra karate?

Ze sztukami Walk Wschodu, a szczególnie karate do Shotokan, zetknęłam się w szkole średniej, przy której mieścił się klub sportowy. Od pierwszego treningu bardzo się zaangażowałam w to, co robiłam. Mijały lata, a wraz z nimi rosło moje zamiłowanie do tego sportu. Karate stało się centrum, wokół którego krążyło moje życie, fascynacją, której poświęciłam cały wolny czas. Chciałam być dobra, najlepsza, chciałam coś zdobyć, coś znaczyć. Po prostu pokochałam karate, które dawało mi poczucie własnej wartości i szczęścia. Z czasem zaczęłam wyjeżdżać na zawody i zdobywać medale. Byłam w czołówce polskich juniorów w tej dyscyplinie.

Gdzie wtedy był w siostry życiu Pan Jezus?

Był obecny, gdyż chodziłam do kościoła, lubiłam się modlić. Myślałam, że to, co robię dla Boga, jest dobre i wystarczające, ale naprawdę wcale tak nie było. Opuszczałam niedzielne Msze św. z jednym prostym i logicznym dla mnie wytłumaczeniem: Przecież mam zawody. Tak, Jezus w moim życiu był obecny, ale dopiero na drugim miejscu, po karate. Był ważny, lecz nie najważniejszy. I może dalej moje życie biegłoby drogą "pustej ręki" (gdyż takie jest tłumaczenie słowa karate do), gdyby nie Chrystus, który wkraczał w nie mocno przez wydarzenia i ludzi, kierując mnie powoli ku sobie.

Jakie wydarzenia zmieniły siostry życie?

Takim mocnym przeżyciem było niezdanie egzaminu na studia na AWF. To zmieniło moje plany. Rozpoczęłam naukę w Studium Nauczycielskim Wychowania Fizycznego koło Wrocławia. Nowe miejsce, nowe środowisko, oderwanie od macierzystego klubu spowodowały, że miałam więcej czasu, aby na nowo zastanowić się nad swoim życiem, nad jego wartością i prawdziwym celem, do którego zmierzam. Pan Jezus udzielał mi wielu łask: zaczęłam więcej się modlić, codziennie chodziłam na poranną Eucharystię. Chrystus stawał się dla mnie kimś bliskim i szczególnym, lecz nie myślałam jeszcze o możliwości zrezygnowania z karate. Dalej dzieliłam serce między Jezusa a sport. Uciekałam od głosu wołającego mnie i pokazującego drogę, którą mam kroczyć. W tym szczególnym czasie dane mi było przeżyć wspaniałe rekolekcje w górach, gdzie wśród ciszy i w samotności zrozumiałam, że Jezus mnie kocha i chce, abym poszła za Nim. Wymagało to jednak zrezygnowania z trenowania. Myślałam, że przyjdzie mi to łatwo, wystarczy tylko zaprzestać treningów. Było to jednak ponad moje siły. Rozpoczęła się dla mnie walka pomiędzy miłością do Boga a karate. Trwała ona trzy lata.

Później przyszedł największy sukces w karierze...

Pomimo narastających rozterek i wewnętrznych zmagań cały czas trenowałam i wyjeżdżałam na kolejne zawody. Punktem zwrotnym stały się dla mnie Mistrzostwa Świata Shotokan Szkoły Funakoskiego w Anglii. Pojechałam na te zawody wraz z drużyną z Wrocławia i wygrałam je, zdobywając mistrzostwo w kata indywidualnym kobiet seniorów. Może to dziwne, ale cieszyłam się zdobytym złotym medalem tylko przez chwilę. Jeszcze przed rozdaniem medali ogarnął mnie smutek, czułam się źle i byłam zniechęcona. W momencie, gdy powinnam odczuwać największą radość, chciało mi się płakać. Stojąc na podium, wśród błysku fleszy, słuchając hymnu narodowego, w mojej głowie kołatały się i brzmiały powracające jak echo pytania: Jak się teraz czujesz? Czy jesteś naprawdę szczęśliwa? Czy to jest to, czego naprawdę w życiu pragniesz? Czułam i wiedziałam, że chociażbym tysiąc razy stanęła na tym miejscu, to nie będę szczęśliwa. Chciałam wtedy pobiec do Pana, zapłakać, że tak długo uciekałam od Niego. Właśnie tam, na najwyższym stopniu podium, zapragnęłam oddać Jezusowi całe serce i życie. Po prawie dziesięciu latach trenowania karate i trzech latach wewnętrznej walki - Pan zwyciężył.

Po zdobyciu mistrzostwa świata przestała siostra chodzić na treningi i poświęciła się swojemu powołaniu.

Po tym wydarzeniu moje życie potoczyło się bardzo szybko. Po powrocie do Polski powiedziałam o wszystkim trenerowi i przestałam trenować. Jezus dał mi wiele sił i odwagi, bym wytrwała w moim postanowieniu. W styczniu zdałam wszystkie egzaminy i ukończyłam szkołę. Już na początku lutego Boża Opatrzność pokierowała mnie w stronę domu Sióstr Służebniczek w Warszawie. Pojechałam tam na rekolekcje. Trudno wyrazić, jak Bóg potrafi mówić do duszy, ale na tych rekolekcjach zrozumiałam - to nie przypadek, że się tu znalazłam. Dnia 7 marca 1996 roku przekroczyłam progi klasztoru, rozpoczynając drogę powołania zakonnego. Jestem w klasztorze czternaście lat i mogę powiedzieć, że tu z Jezusem jestem szczęśliwa. Znalazłam swoje miejsce i dom. Dziękuję Bogu za Jego miłość, za to, że obdarzył mnie łaską powołania do służby Bogu i ludziom, a nade wszystko, że tak pokierował moim życiem, iż zrozumiałam, że naprawdę najważniejszy jest tylko On.

Reklama

Dodaj nową odpowiedź

Image CAPTCHA