Agnieszka Bialik

Chcemy kibicowania, nie współczucia

Dodano: 25 maj 2010 r.

Kasia urodziła się w Rabce. Straciła ręce, kiedy miała 3 lata. To był nieszczęśliwy wypadek - obcięła je kosiarka. Nie przeszkodziło jej to w ukończeniu studiów wyższych, także tych podyplomowych. Mówi kilkoma językami, pracuje zawodowo, zdobywa medale na paraolimpiadach w biegach narciarskich. Ma dwa złote z Turynu i brązowy z Vancouver. Stawała na podium MŚ, zdobyła Kilimandżaro. Kocha sport, zwłaszcza narciarstwo biegowe. Była wybierana najlepszym polskim sportowcem niepełnosprawnym. Katarzyna Rogowiec opowiada o swojej pasji i życiu.

W 2006 roku została pani uhonorowana przez prezydenta RP Lecha Kaczyńskiego, za wybitne zasługi dla rozwoju sportu, Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski. Jak wspomina pani to wyróżnienie?

To było duże przeżycie. Dwa miesiące wcześniej podczas zimowej paraolimpiady w Turynie zdobyłam dwa złote medale w biegach na 5 i 15 km. To było coś wyjątkowego. Wtedy uświadomiłam sobie, że skończyła się zabawa Kasi w bieganie na nartach. Poczułam, że nie robię tego tylko dla siebie, ale także dla Polski. Zapamiętam pana prezydenta jako człowieka bardzo ciepłego. Rozmawialiśmy o górach, o Tatrach, po których wędrował ze swoim bratem, o Rabce, gdzie się urodziłam się ja i żona prezydenta p. Maria Kaczyńska. Rozmawialiśmy o wielu sprawach, m.in. o sporcie niepełnosprawnych.

Poznała pani także panią prezydentową Marię Kaczyńską...

Spotykałam się z panią Marią znacznie częściej niż z prezydentem. To było kilka, kilkanaście spotkań w Polsce i poza nią. Najczęściej dotyczyły one osób niepełnosprawnych. Była niezwykle sympatyczną, energiczną i otwartą na ludzi kobietą. Nie zważała na ochroniarzy, zawsze chętnie rozmawiała z innymi. Dwa lata temu spotkałyśmy się w Katarze na forum dotyczącym sportu dzieci niepełnosprawnych. Byłam tam jako przedstawicielka Międzynarodowego Komitetu Paraolimpijskiego, a dokładniej Rady Zawodników. Kiedy pani prezydentowa mnie zobaczyła, a znałyśmy się już wcześniej, z wielką radością przybiegła się przywitać i porozmawiać.

Poznałam panią Izabelę Tomaszewską, "prawą rękę" p. Marii, która również zginęła w katastrofie. Kiedy przeglądałam album, zwróciłam uwagę na zdjęcie, na którym pięknie uśmiechają się Paweł Wypych i p. Basia Mamińska. Dziś to takie smutne. Uśmiechnięci 40-, 50-latkowie, których nie ma już z nami.

Podczas tegorocznych zimowych igrzysk paraolimpijskich w Vancouver zdobyła pani brązowy medal w biegu na 15 km. Czy trudniej było go zdobyć niż dwa "złota" przed czterema laty w Turynie?

Dużo trudniej. To był zupełnie inny czas, inne przygotowania do tej imprezy. Przed Turynem nie byłam tak obciążona pracą zawodową, jak przed kolejną paraolimpiadą. Miałam więcej czasu na treningi. Teraz nie było szans na to, by pogodzić przygotowania i pracę. Jeszcze w grudniu zastanawiałam się, czy w ogóle jechać do Kanady. Zrezygnowałam z pracy, by podjąć jeszcze raz to wyzwanie. Stwierdziłam, że kocham sport i chcę spróbować. Mobilizowali mnie znajomi, przyjaciele. Pomyślałam, że jeśli wierzą we mnie, dla nich mój start jest tak ważny i cieszą ich moje sukcesy, to nie mogę ich zawieść. Na pewno też konkurencja była większa.

Zawodnicy zza granicy mają bardzo profesjonalne warunki przygotowań. Rosjanie, Ukraińcy przygotowują się tak, jak olimpijczycy. Około dwustu dni w roku spędzają na śniegu, na obozach i wyjazdach. O takich warunkach mogę jedynie pomarzyć.

Reklama

Dodaj nową odpowiedź

Image CAPTCHA