mch

Ku pokrzepieniu...

Dodano: 31 styczeń 2004 r.

Wystarczy gitara, klimat ogniska, jego ciepło, no i znajomość paru ballad Starego Dobrego Małżeństwa, koniecznie opanowanych pamięciowo - przy ognisku nici ze śpiewników... za ciemno! No i oczywiście porządny głos, chociaż to tak znany repertuar, że śpiewają wszyscy.

Na każdym kroku doświadczam względności rzeczy, spraw... chociażby sprawa mego ubioru czy też stroju kogokolwiek innego, przecież to rzecz względna - jednemu pasuje i podoba się to, drugiemu co innego, ktoś delektuje się tatarem (kontekst kulinarny), a ja tej potrawy nie cierpię! I tyle! Nikt tego nie roztrząsa ani zbytnio nad tym się rozwodzi. Gusta ludzkie nie podlegają dyskusji. Jak wierzyć Waldemarowi Łysiakowi, Liz Taylor powiedziała kiedyś: "gust ustala się z wiekiem. Przed 20 laty zdarzało mi się poślubiać mężczyzn, których dziś nie zaprosiłabym nawet na obiad." I podobnie rzecz się ma z muzyką. Zarówno tę, której słucham, jak i tę, którą wykonuje. Ktoś lubi dziś reggae, inny ska, ktoś bez jazzu żyć nie może, a dla innego hip-hop jest sposobem na życie... i ekstra! Ale czego będzie słuchał za lat parę, naście, dziesiąt..., kto wie?

Ale mówiąc o względności, co innego mam na myśli. Oto gram na gitarze. I dla kogoś, kto mnie słucha, to istny balsam dla ucha, serca... a ja sam urastam do rangi niesamowitego barda, rzec by się chciało: prawdziwego artysty, w którego patrzą z rozrzewnieniem zamyślone oczęta, przede wszystkim słuchaczek. A to iluzja, o której wiem tylko ja, no i może parę osób. Wystarczy gitara, klimat ogniska, jego ciepło, no i znajomość paru ballad Starego Dobrego Małżeństwa, koniecznie opanowanych pamięciowo - przy ognisku nici ze śpiewników... za ciemno! No i oczywiście porządny głos, chociaż to tak znany repertuar, że śpiewają wszyscy, wystarczy rozpocząć (aczkolwiek często jest tak, że o wiele milej jest kogoś posłuchać, niż samemu się angażować). Swoją drogą niepokojący jest fakt, iż takie bierne śpiewanie coraz częściej przenika do naszych świątyń, w których chóry, zespoły, organiści koncertują, a nie animują. To tylko dygresja zasługująca na rozwinięcie. Gitara, żarzące się węgle, półmrok... i dzieje się coś nadzwyczajnego, magicznego - swoista mistyka wieczoru przy ognisku, a wykonujący staje się kimś na podobieństwo mistrza ceremonii. On sam jednak dobrze wie, że jest po prostu jednym z wielu interpretatorów, i to na dodatek może niezbyt udanym. Dobrze, że o tym wie, że jest świadom tego, ale biada mu, jeśli nie doskonali swego ubogiego warsztatu albo, co najgorsze, wykorzystuje go, urabiając muzykę w gatunkach bezkresnych chałtur...

Byłem kiedyś na koncercie kwintetu gitarowego Fandango... miodzio! Po koncercie stwierdziłem: nie ruszę gitary, bo to, co ja z nią robię, to po prostu obróbka skrawaniem! Na szczęście czas to wszystko jakoś uleczył. Wyobraźmy sobie, co by to było, gdyby każdy początkujący muzyk z chwilą usłyszenia jakiegoś artysty wirtuoza zaprzestał swego doskonalenia, strach pomyśleć, o ilu muzyków świat byłby uboższy! Świadomość tego, jak gram, nie powinna mnie dołować, więcej - to argument za tym, by jeszcze bardziej doskonalić swój warsztat. Ktoś może powiedzieć, że innym jest łatwiej, bo np. ukończyli szkoły muzyczne, urodzili się w rodzinie, w której od dziada, pradziada wszyscy muzykowali (patrz. rodzina Steczkowskich, Pospieszalskich, Anna Maria Jopek). Racja! Ale rodzinna nauka ma swoje wady i zalety. Do zalet należy silna więź między uczniem a nauczycielem już na początku nauki. Jest to jednocześnie największa wada. Bowiem trudniej w takiej sytuacji o obiektywną krytykę, po prostu nie można być do końca krytycznym wobec swojej rodziny, podobnie jak wobec siebie samego. Dużą zaletą jest jednak to, że nauczyciel jest przy uczniu - swoim dziecku i w każdej chwili może mu pomóc. Nie znaczy to jednak, iż muzyk to zawód wyłącznie dziedziczny. Wielu artystów w swojej rodzinie nie ma żadnych prekursorów. Co więcej, często nie mają też w niej oparcia. Ile razy słyszeli: "Znajdź sobie jakiś normalny zawód", "Z tego nie da się żyć." Powtarzali im to niejednokrotnie rodzice. Mówili to, nie zdając sobie sprawy z tego, że muzyka to nie jest zwykły zawód, to jest swoiste powołanie, misja, coś, co człowiek ma wewnątrz siebie i nie da się tego zastąpić jakąś intratną profesją z dziedziny ekonomii czy bankowości bądź, broń Boże, zabić. Co gorsza, ci rodzice nie zdawali sobie kompletnie sprawy z tego, że swoimi słowami rujnują być może karierę, jaką ich dziecko mogło zrobić. Niestety, tylko nieliczni słuchacze rodzicielskich uwag się im przeciwstawili. Ci, którzy nie wytrzymali i często zaraz po rozpoczęciu gry na instrumencie zostali "zniszczeni", zachowali swoje dawne instrumenty i teraz z rozrzewnieniem je wspominają, gdybając na temat kariery, jaką mogliby zrobić.

Tagi: Artykuły
Reklama
Jeśli chcesz dodać opinię jako stały użytkownik, musisz być zalogowany.

Dodaj nową odpowiedź

Obrazek bezpieczeństwa
Image CAPTCHA