Lubię swój różaniec

Rozmowa z Justyną Steczkowską, znaną polską wokalistką

Dodano: 31 styczeń 2004 r.

Zostałam wychowana w chrześcijańskiej rodzinie, otwartej na innych, także na ludzi o innych światopoglądach. Moim zdaniem, podstawą wiary jest miłość, zgodnie z przykazaniem: miłuj bliźniego jak siebie samego.

Twierdzi pani często, że wiara towarzyszy pani przez całe życie. Rozumiem, że wzrastała pani w takiej atmosferze w domu?

- Zostałam wychowana w chrześcijańskiej rodzinie, otwartej na innych, także na ludzi o innych światopoglądach. Moim zdaniem, podstawą wiary jest miłość, zgodnie z przykazaniem: miłuj bliźniego jak siebie samego. Jest dla mnie niezrozumiałym, jeśli ktoś inaczej pojmuje wiarę. Stąd niewytłumaczalne są dla mnie jakiekolwiek konflikty na tle religijnym.

Czy w pani repertuarze znajduje się dużo piosenek o treści religijnej?

- Co roku gram trasę koncertową po kościołach z rodziną Pospieszalskich. Z Janem Kantym Pawluśkiewiczem, Grzegorzem Turnauem i Elą Towarnicką śpiewamy pieśni oratoryjne. Uwielbiam wykonywać tę muzykę, która najlepiej nadaje się do kościołów. Gdy byłyśmy młodsze, śpiewałyśmy z siostrami na Pasterce i w trakcie innych uroczystości religijnych.

Czy sława wokalistki, nieustannie koncertującej w całej Polsce, nie przeszkadza pani w praktykowaniu swojej wiary?

- Nie, to w ogóle nie ma dla mnie żadnego znaczenia, kim się jest. Ważne, jakim się jest. W każdą niedzielę chodzę do kościoła, mam kilka ulubionych kościołów w Warszawie, gdzie lubię słuchać kazań.

Nie tylko o to mi chodzi. Niewątpliwie jest pani dla publiczności gwiazdą. Czy ten fakt nie przesłania pani ewangelicznej cnoty pokory?

- Ja tego tak nie odbieram. Byłam wychowana w licznej rodzinie, więc dzielenie się z rodzeństwem i patrzenie na innych, a nie tylko na siebie, było mi wpajane od dzieciństwa. Oczywiście, każdy z nas ma w sobie sporo pychy, ale po to dojrzewamy przez całe życie, by zrozumieć, że nie tędy droga. Będąc człowiekiem pokornym, poddanym innym, o wiele lepiej się żyje, spokojniej, z większą harmonią wewnętrzną. W domu nauczyłam się, aby innym pomagać z serca, a nie widząc interes. Owszem, nie mogę o sobie powiedzieć, że zawsze jestem pokorna i nigdy nie przeglądam się w lustrze. Są nawet przejawy pychy we mnie, chociażby stojąc na scenie, tańcząc i śpiewając dla ludzi, ubierając się dla nich itd. Ale taki jest po prostu mój zawód. Po zejściu ze sceny, przestaje to być dla mnie istotne. Na scenie jestem artystką, a w życiu chcę być po prostu człowiekiem.

Ale trochę lubi pani być traktowana jak gwiazda?

- Właśnie o to chodzi, że nie lubię innych absorbować swoją osobą. Robię to na scenie, bo to lubię i potrafię. Natomiast poza estradą pragnę normalności.

Co pani myśli o modlitwie różańcowej? Przez młodych ludzi jest ona traktowana często jako modlitwa ludzi starszych, a przecież Matka Boża np. podczas objawień fatimskich właśnie dzieciom poleciła odmawiać różaniec.

- Gdy byliśmy dziećmi, odmawialiśmy z tatą codziennie modlitwę wieczorną i część różańca. Tatuś przed śmiercią dał wszystkim takie małe różańce, tzw. dziesiątki, bo sam należał do "róży". Odmawianie chociaż jednej dziesiątki różańca wieczorem powoduje, że ludzie łączą się ze sobą i myślą o sobie. Dostałam od ojca dwa różańce, jeden dla siebie, drugi dla mojego męża. Bardzo lubię swój różaniec, jest drewniany, strasznie wytarty i zniszczony. Ponieważ jest moją ukochaną pamiątką po tacie, zabieram go wszędzie. Odmawiam go najczęściej wieczorem, dziękując za to, że dzień się szczęśliwie skończył, że jestem cała i zdrowa. Zdarza mi się w czasie modlitwy, z całodniowego zmęczenia, zasnąć. Natomiast rano tylko witam się z Panem, prosząc Go o dobry dzień.

Marzeniem wielu muzyków, szczególnie chrześcijańskich, jest występ dla Ojca świętego. Czy panią spotkało to wyróżnienie?

- Tak, kilka razy. Pierwszy raz śpiewałam, kiedy byłam jeszcze nastolatką. Wtedy byliśmy w Rzymie z całą rodziną. Pamiętam, gdy mieliśmy audiencję prywatną, Papież przyszedł do nas, wpisał się do księgi pamiątkowej. Ujrzałam go pierwszy raz w życiu z bliska i nie mogłam uwierzyć. Dotychczas patrzyłam na Ojca Świętego jak na osobę prawie niedostępną, a tu zobaczyłam wspaniałego, bezpośredniego człowieka. Moi rodzice byli bardzo mocno wzruszeni, gdy się z Nim witali, płakali. On jest naprawdę wspaniały, prawdziwy, wielki człowiek, który szanuje wszelkie odmiany religii, twierdząc, że Bóg jest miłością. Jest wzorem człowieka, który skutecznie łączy narody, a każde spotkanie z nim, jest niezapomnianym przeżyciem.

Rozmawiał i rysował TYTUS BYCZKOWSKI

Reklama
Jeśli chcesz dodać opinię jako stały użytkownik, musisz być zalogowany.

Dodaj nową odpowiedź

Obrazek bezpieczeństwa
Image CAPTCHA