Kościół to my

z Janem Kobuszewskim rozmawia Tytus Byczkowski

Dodano: 31 styczeń 2004 r.

Młodość jest okresem wariackim, wydawało mi się, że będę żył wiecznie, że jestem najmądrzejszym, najbardziej władnym w swoim świecie, a to wszystko nieprawda.

W książeczce pt. "Być szczęśliwym" mówiącej o ośmiu błogosławieństwach, powiedział pan: "mamy od Boga wolną wolę...", i później: "...jesteśmy jednak wystawieni na wielką próbę". Czy zawód aktora nie jest szczególnie wystawiony na próby?

- Mogę powiedzieć tylko w swoim imieniu, że nie miałem specjalnych pokus. A nawet kiedy przychodziły, to starałem się jakoś przed nimi bronić.


rys. Tytus Buczkowski
Czy trudno być wierzącym aktorem?

- Pochodzę z domu, gdzie wiara była właściwie na pierwszym miejscu. Z tego powodu jest mi łatwiej być wierzącym aktorem. A jak było dawniej? Do 15 roku życia w Warszawie na Saskiej Kępie wraz z kolegami wiernie służyliśmy do Mszy św. Potem w okresie stalinizmu zachowałem wprawdzie wiarę, ale bardzo powierzchowną. O codziennej modlitwie pamiętałem, ale przestałem chodzić do kościoła. Młodość jest okresem wariackim, wydawało mi się, że będę żył wiecznie, że jestem najmądrzejszym, najbardziej władnym w swoim świecie, a to wszystko nieprawda. Później moja pobożność absolutnie się zmieniła.

Pod czyim wpływem?

- Odbywało się to w miarę dorastania. Miałem też mądrych przewodników duchowych spośród księży. Znałem dobrze księdza Jerzego Popiełuszkę. Wspiera mnie też moja córka, jest nieprawdopodobnie wierzącą i ufającą Bogu dziewczyną. Twierdzi, że Pan Bóg prowadzi ją za rękę, i tak chyba jest.

Z wypowiedzi zawartej w książce wynika, że bardzo ceni pan modlitwę Ojcze nasz".

- Przede wszystkim odmawiam ją z wielkim namaszczeniem, nie klepię modlitw. Kiedy mówię "Ojcze nasz, który jesteś w niebie", to sobie wyobra­żam Ojca naszego, który właśnie jest w niebie i chcę, żeby się Jego imię święciło. Jako dzieciaka śmieszyło mnie sformułowanie "I nie wódź nas na pokuszenie". Jak to Pan Bóg może wodzić na pokuszenie? Dopiero później to so­bie wyjaśniłem. Tłumaczenie jest niedobre. Właściwie powinno brzmieć: i nie dopuść do nas pokusy, ale nas zbaw ode złego.Jestem wierzącym człowiekiem, praktykującym i to nie ze względu na strach przed Bogiem, ale na miłość do Niego. Chociaż moja matka modliła się za mnie, żebym miał bojaźń boską i przyjaźń ludzką.

Czy znalazł się pan kiedyś w sytuacji, gdy odmówił udziału w przedsta­wieniu, programie, filmie ze względu na wiarę?

- Wydaje mi się, że tak. Nie będę podawał konkretnych przykładów, ale przyznam, że niektórych propozycji teatralnych nie przyjmowałem, zwłaszcza kiedy treść zahaczała o moją wiarę czy spojrzenie na świat i Boga.

Czy to były przedstawienia ośmieszające Kościół i kapłaństwo?

- Może nie tyle... ale wie pan, Kościół to nie jest tylko kler. Kościół to jesteśmy my wszyscy. Natomiast jeśli chodzi o duchownych, określił ich kiedyś trafnie mój znajomy ksiądz, który powiedział: Jest dobra łopata i zła łopata, czasami dobra łopata, w znaczeniu księdza, złamie się, a nieraz jest kiepska łopata, którą możesz pracować nie tylko przez całe życie, ale i przez pokolenia.Wracając do moich wyrzeczeń dla wiary - to była przyjemność składania świadectwa.

Na podstawie obserwacji ludzi z rodziny "aktorskięj" odnoszę wrażenie, że wielu żyje z dala od Pana Boga, a w najlepszym wypadku wierzą, a nie praktykują. Czy pana postawa jest dla kolegów, którzy tak żyją, mobilizacją duchową?

- Tu pan się myli. Aktorów uprawiających zawód jest w Polsce około 2000. A więc jest to bardzo mała społeczność i zasadnicza większość jest wierząca i praktykująca. Spośród moich osobistych kolegów 80 procent jest głęboko wierzących i praktykujących. Z tego jestem niesłychanie dumny. Pojęcie "aktor to łobuziak" utarło się przez ostatnie 40 lat. To nieprawda.

Nie dalej jak wczoraj, ktoś w towarzystwie mnie zapytał, czy jestem wierzącym i z niedowierzaniem mnie wy­śmiał. A ja mu mówię: "No chodź tu kochany i zobacz, co ci pokażę". Mam taki piękny krzyżyk mosiężny i noszę go na piersiach. Proszę sobie wyobrazić, że dostałem go w Londynie od księdza Zdzisława Peszkowskiego, duchowego opiekuna rodzin katyńskich. On z kolei otrzymał go od Ojca Świętego, który mu powiedział: "Dasz, komu chcesz". No i mnie właśnie spotkało to wyróżnienie. To jest moje wyznanie wiary.

Pewien zakonnik stwierdził żartobliwie, że Duch Święty ma ogromne po­czucie humoru. Pana znamy jako wpiałego aktora komediowego.

- Kiedyś mnie zapytano, co myślę o Chrystusie, czy to był taki surowy człowiek? Nie - odpowiedziałem - On był bardzo radosny, niesłychanie uśmiechnięty i łagodny. Kiedy karał i wygonił przekupniów ze świątyni, to miał rację, ale na pewno z dziećmi i apostołami żartował i był cudownym Bogiem Człowiekiem. No, a nam nie pozostaje nic innego, jak Go naśladować.

Dziękuję bardzo w imieniu czytelników i własnym, ze swojej strony życzę panu dużo natchnień Ducha Świętego.

Rozmawiał i rysował TYTUS BYCZKOWSKI

Reklama
Jeśli chcesz dodać opinię jako stały użytkownik, musisz być zalogowany.

Dodaj nową odpowiedź

Obrazek bezpieczeństwa
Image CAPTCHA