J. Kamil Kochanowski

Happiness is easy?

Dodano: 9 grudzień 2008 r.

"Co nas uszczęśliwia" to polski podtytuł najnowszego filmu Mike Leigh "Happy-Go-Lucky". Filmu, którego powstanie można uzasadnić tylko jednym - pragnieniem reżysera, by tchnąć w widzów trochę optymizmu.

Właściwie nie byłoby tego obrazu, gdyby nie brawurowa rola odtwarzającej główną bohaterkę Sally Hawkins, dlatego też od niej warto by zacząć. Wcielając się w 30-letnią Poppy, sprawia, że widz ma momentami problemy ze zorientowaniem się, czy na ekranie nie widzi przypadkiem nastolatki, zamiast kobiety w "zobowiązującym" już przecież wieku. A może nawet nie nastolatki, a wręcz dziecka! Jej ekscentryczne (oczywiście jak na kogoś "dorosłego") zachowanie zgodnie z zamysłem reżysera ma nas epatować przez niemal dwie godziny i uświadomić dwie zasadnicze kwestie. Po pierwsze, skłonić do spojrzenia na nas samych. Dlaczego nie jesteśmy tacy, jak Poppy? Dlaczego "dziecięce", spontaniczne i szczere reakcje zaczynamy postrzegać od pewnego momentu jako dziwne, nieodpowiednie, naganne? Czy dobrze, że wraz z dorosłym życiem stopniowo się ich (przynajmniej w większości) wyzbywamy? A czy jeżeli je wyrugowaliśmy (lub tylko ukryliśmy głęboko), to czy czyni nas to szczęśliwszymi? Druga kwestia to pytanie postawione w tytule tej recenzji.

I właśnie odpowiedź na nie, której udziela nam reżyser, może razić, a tym samym deprecjonować mozolnie - i nie zawsze z polotem - konstruowany przez dwie godziny wywód. Poza tym, że "Happy-Go-Lucky" sławi (słusznie!) radość życia, spontaniczność, witalność i optymizm, to niestety zapomina, że są też inne drogi, którymi można do owego celu podążać. A jeśli nawet nie zapomina, bo mamy w filmie bohaterów o odmiennych bohaterach i postawach, to umniejsza ich wartość czy też skuteczność. Takie arbitralne podejście nie każdemu musi się podobać, ale w gruncie rzeczy raczej nie zostanie zauważone, bo na pierwszym planie niepodzielnie panuje Poppy. Na drugim pozostają znerwicowany instruktor jazdy czy przewrażliwiona siostra oczekująca dziecka i mająca zdziecinniałego męża u boku. Chociaż połączeni z bohaterką empatyczną więzią - nie osiągają szczęścia czy nawet spokoju. Może przesadą byłoby stwierdzić, że Leigh zwraca się do nas słowami: "Widzu, spójrz jak żyje Poppy. Idź i czyń to samo, a szczęście posiądziesz i sens życia odgadniesz". Niemniej stanowisko reżysera niebezpiecznie dryfuje w kierunku pretendowania do jedynego słusznego.

Sam ciepły i, w sposób daleko odbiegający od pompatyczności, gloryfikujący sposób przedstawienia Poppy, nie jest czymś nowym dla widza, który zna wcześniejsze dokonania Brytyjczyka - zarówno te najsłynniejsze (nagrodzone Złotą Palmą w Cannes "Sekrety i kłamstwa"), jak i te nieco niesłusznie zapomniane (chociażby "Biedroneczko, biedroneczko..."). Leigh zawsze był i nadal pozostaje blisko człowieka oraz jego problemów, chociaż w wypadku najnowszego dzieła paradoksalnie skupia się na postaci, która wydaje się ich nie mieć. Swoim bohaterom współczuje, kibicuje, daje nadzieję, każe nie przejmować się spotykającymi ich niesprawiedliwościami. W najnowszym filmie zdecydował się również zrezygnować z zarysowania wyraźnego kontekstu społeczno-politycznego - "Happy-Go-Lucky" dzieli pod tym względem przepaść od innych jego utworów. Chociaż zaliczany obok Kena Loacha do głównych reprezentantów brytyjskiej lewicy, skupia się wyłącznie na odizolowanej od świata "wielkiej polityki" i "wielkich spraw" (pomijam marginalny wątek dyskryminacji rasowej w wykonaniu instruktora jazdy) Poppy i za nic sobie ma zmiany, jakie zaszły w ostatnich latach w polityce Wielkiej Brytanii. Pamięta ktoś jeszcze jego zmaganie się z epoką thatcheryzmu w latach 80. i 90.?

Pomimo tego to dzieło mimo wszystko bliskie charakterystycznemu stylowi reżysera i ci, którzy zasmakowali w jego dotychczasowej filmografii, nie powinni być najnowszym obrazem zaskoczeni. Jego największą zaletą jest to, iż stanowi on potencjalnie niesamowite źródło energii - tak potrzebnej szczególnie w obecnej porze roku i pogodzie, która panuje za oknem. Kto wystarczająco się otworzy na przesłanie i da się poprowadzić szalonej (bo nieprzystającej do obowiązujących norm kulturowych) Poppy, będzie miał okazję zaaplikować solidną dawkę pozytywnych wibracji. Inni, w tym niżej podpisany, uznają "Happy-Go-Lucky" za dzieło ze wszech miar przeciętne, wprost stworzone do emisji w jednym z popularnych telewizyjnych cykli filmów obyczajowych. Zdecydowanie nie tego wymaga się od mistrza, za jakiego uchodzi Mike Leigh. Przed jeszcze większym niepowodzeniem ratuje go tylko i wyłącznie kreacja Sally Hawkins, już dziś określanej jako jedna z głównych kandydatek do przyszłorocznych Oskarów. Dowodzi to tego, że film może trzymać się jako tako kupy jedynie dzięki aktorskiej kreacji. Czy dobrze to świadczy o samym dziele, które runęłoby w gruzy, gdyby wyjąć z niego jeden element?

Chcesz zamieścić ma Bosko.pl swoją recenzję? Napisz do nas: film@bosko.pl

Tagi: film
Reklama
Jeśli chcesz dodać opinię jako stały użytkownik, musisz być zalogowany.

Dodaj nową odpowiedź

Obrazek bezpieczeństwa
Image CAPTCHA