Ks. Zbigniew Kapłański
Święty lepszy niż błogosławiony?
Jak zostać świętym?
Po pierwsze dla nas, żyjących, "być świętym" oznacza nakaz Boga. Jeśli ktoś do tego nie dąży, tym samym decyduje, że nie chce zostać zbawiony. A zatem ta droga jest dla każdego dostępna - na własną miarę, bo przecież nie mamy imitować innych. Póki żyjemy na tym świecie, mamy szukać i spełniać wolę Pana Boga. I zawsze możemy mieć trochę niedosytu, bo przed nami droga do heroizmu. Heroizmu Bóg nie nakazuje, ale życie i śmierć Jezusa Chrystusa są zaproszeniem, aby coraz radykalniej traktować swoją wierność, służbę i modlitwę.
A jak umrzemy? To już nie nasze zmartwienie. Jeśli ktoś uzna, że zmarłego warto pokazać światu przez "wyniesienie go na ołtarze", to może być otwarte odpowiednie postępowanie. Do 1969 r. taki proces obejmował 20 odrębnie dokumentowanych stopni. Papież Paweł VI nieco go uprościł, ale i teraz jest on dość długi i skomplikowany.
Jeśli dana osoba żyła szczególnie świątobliwie albo zginęła śmiercią męczeńską, wierni lub biskup powodują, że rozpoczyna się tzw. proces zwyczajny. Jeśli Kongregacja Spraw Świętych (dziś zastępuje dawniejszą Kongregację Obrzędów) uzna, że męczeństwo jest rzeczywiste lub że zmarły praktykował cnoty w sposób heroiczny, przystępuje się do szczegółowego badania jego życia, pism i reputacji. Konieczne jest też obiektywne stwierdzenie cudów związanych z jego wstawiennictwem. Ta faza nazywana jest procesem apostolskim i prowadzi do rozpoczęcia procesu beatyfikacyjnego. Od tego czasu daną osobę wolno tytułować Sługą Bożym (w procesach męczenników nie wymaga się stwierdzenia cudów).
W tym procesie powołuje się Promotora Wiary, zwanego potocznie "Adwokatem Diabła", który ma za zadanie wyszukiwanie słabych punktów zeznań i dociekań. Można by powiedzieć trochę kolokwialnym językiem, że "ma się czepiać" - po to tylko, aby pracujących nad beatyfikacją zmobilizować do szczególnie uważnego przeglądania materiałów, do daleko posuniętego krytycyzmu. Chcemy przecież mieć niezawodne decyzje Stolicy Apostolskiej. Ostatecznie przypatruje się temu papież. Nie tylko czyta, ale i modli się, by mieć pewność zastępcy Chrystusa, czy Pan Bóg rzeczywiście pragnie tego Sługę Bożego postawić za wzór wierzącym.
Po beatyfikacji proces trwa nadal. Jeśli pojawią się dalsze dwa udokumentowane cuda, z czasem można ogłosić kanonizację. Dodajmy, że cuda - aby zostały uznane w którymkolwiek procesie - muszą mieć charakter natychmiastowy i być natury organicznej. Nawet zadziwiające nawrócenie nie może w tym rozumieniu być uznane za "cud wystarczający". Musi to być uznane przez komisję lekarską trwałe zniknięcie schorzenia lub jakiejś wady organizmu. Widziałem kiedyś dwa zdjęcia - przed i po uzdrowieniu. Nawet oko laika mogło zauważyć, że widoczna na kliszy rentgenowskiej gruźlica przestała istnieć. Takie cuda uznaje się za potwierdzenie ze strony Pana Boga: On pragnie wskazać tę postać jako przykład życia prowadzącego do Jego Królestwa.
Rekordy?
Dość trudno znaleźć najdłuższy proces beatyfikacyjny. Powodem jest choćby to, że sytuację uporządkowano prawnie dopiero w XVII-XVIII wieku. Są jednak w historii procesy kilkakrotnie wznawiane, są i przeprowadzone szczególnie szybko. Dorota z Mątowów (na Żuławach Malborskich) żyła w XIV wieku, jej proces podjęto w początku XV wieku, a jej kult ostatecznie zaaprobowano w 1976 r. Bywają procesy trwające kilkadziesiąt lat, ale Matka Teresa została uznana błogosławioną już w sześć lat po śmierci - Jan Paweł II odstąpił od zasady, która nakazuje rozpoczęcie procesu beatyfikacyjnego minimum pięć lat po śmierci (ten rozpoczęto o trzy lata wcześniej). Mamy nadzieję, że wola wiernych i powszechne przekonanie sprawią, że nasz Papież będzie beatyfikowany jeszcze szybciej - już prowadzone są odpowiednie prace.
Nie musimy jednak szukać rekordów. Może poza jednym - własnym rekordem zadziwiająco szybkiego zbliżania się do naszych osobistych najpełniejszych możliwości. Do piękna, jakie w nas widzi Pan Bóg, czyli do naszej osobistej świętości, dla której zostaliśmy stworzeni.