2009-10-08 11:15:27
Ola Wróbel
To nie był przypadek
Wypadek miał miejsce dwa lata temu, jednak do końca życia Łukasz będzie odczuwał skutki tamtej przejażdżki. Samochód jadący z naprzeciwka nie zauważył motoru, a na nim mojego brata i mnie. Wyprzedzając inny pojazd, wjechał wprost na nas.
Operacja skończyła się dla mojego 28-letniego brata Łukasza amputacją nogi. W wyniku dalszych komplikacji pojawiło się również zagrożenie amputacji ręki. Miałam dużo więcej szczęścia. Wiele zawdzięczam bratu, który wziął większość siły uderzenia na siebie. Niemniej jednak długie dni w szpitalach, dojazdy do wielu lekarzy i same badania stały się moją codziennością. Wyczerpywały również rodziców, którzy oczywiście nie przespali wiele nocy. W takiej sytuacji rodzą się pytania, które zadajemy sobie sami, które zadają nam nasi najbliżsi: „Dlaczego to zdarzyło się akurat wam?” Ale dlaczego nie mnie? Dlaczego komuś innemu, tylko nie nam? Myślę, że to mieliśmy być właśnie my.

Pamiętam początek tamtego dnia. Już od rana czułam silną potrzebę modlitwy, ale i zaskakujące szczęście, które tłumaczyłam podekscytowaniem wiążącym się z wyjazdem do brata na Śląsk. Wsiadając do pociągu, prosiłam o możliwość dania świadectwa podczas tych wakacji, o sposobność do bycia użytecznym narzędziem w rękach Budowniczego. Pełna energii, zapału i ufności wyruszyłam z przekonaniem, że tak silna jeszcze nigdy nie byłam.
Możliwe, że cała ta historia była i jest nadal dla mnie nauką za zbytnią dumę i brak pokornego spojrzenia na samą siebie. Ponad połowa roku spędzona na przemian w szpitalach i w domu dowiodła, jak bardzo jestem słaba. Możliwe, że przez to doświadczenie miałam dokładniej i dotkliwiej zrozumieć cierpiących i chorych ludzi, a także docenić piękno zdrowia. Możliwe, że miałam spotkać ludzi, którzy stanęli na mojej drodze w wyniku wypadku. W tej sytuacji mogę mówić, że „dzięki” chwilowej niepełnosprawności poznałam wartościowe osoby, które nie tylko stały mi się bliskie, ale do dziś są dla mnie ogromnym wsparciem, mają wpływ na moje życie i trudno powiedzieć, jaka byłabym bez nich. Możliwe także, że sytuacja, w jakiej się znalazłam, stanowiła dla mnie sposobność do pokazania innym, jak zawierzyć Bogu własne życie i zdrowie. Mam świadomość tego, że wycierpiałam zbyt mało, by porównywać moje zmagania do drogi krzyżowej, ale z pewnością odczułam spokój i swego rodzaju ulgę, jednocząc się z Chrystusem w cierpieniu. Czułam przy tym przez cały czas ogromną siłę modlitwy innych. Jak nigdy, czułam niemal namacalnie, jak bliscy – rodzina i przyjaciele - otaczają mnie tarczą modlitwy, która sprawiała, że z bardzo ciężkich urazów wychodziłam korzystniej, niż zakładali lekarze.
Pozrywane wszystkie więzadła w stawie kolanowym i ścięgna w stawie skokowym to nie jedyne obrażenia. Szkło z przedniej szyby samochodu, które wbiło się w nogę, podobno o milimetry minęło tętnicę. W innym wypadku konieczna by była amputacja. Ponieważ w wyniku kolizji zleciał mi z głowy kask, uderzenie głową również mogło skończyć się tragicznie. Mogło, ale tak się nie stało. Teraz sama ledwo odnajduję niewidoczną już bliznę w okolicach skroni. Wkrótce też wykryto u mnie nowotwór, jednak po tygodniu, w innym szpitalu, wykluczono tę chorobę. Łódzcy lekarze nie dawali mi szans na poruszanie się bez kul lub stabilizacji, a w tym momencie bez najmniejszych problemów chodzę na szpilkach i biegam. Ciężko było pogodzić się z wiadomością o tym, że nie będę mogła tańczyć. Chociaż od krótkiego czasu uczęszczałam na warsztaty taneczne, stało się to moją ogromną pasją, którą zaraziłam wiele innych ludzi. Niestety, wszyscy lekarze, którzy badali mój przypadek, zgodnie orzekli, że nigdy już nie będę mogła biegać ani tańczyć. Wszyscy – oprócz jednego, który mnie zoperował i w oczach pozostałych dokonał niemożliwego.
Jeśli chcesz podzielić się swoim świadectwem, napisz: swiadectwa@bosko.pl